Jeśli wziąć pod uwagę izolacjonizm Korei Północnej, jej siostra z południa mogłaby być uznana za wyspę dryfującą u wschodnich wybrzeży Azji. Terytorium Republiki Korei realnie osiągalne jest przecież, pomijając naprawdę nieliczne i nieczęsto zbyt długo żywe przypadki, wyłącznie drogą powietrzną lub morską. Słucham? Półwysep Koreański? No tak, ale czy z perspektywy międzynarodowego transportu i łączności, ma to jakiekolwiek znaczenie, czy powyżej trzydziestego ósmego równoleżnika znajduje się ląd czy woda? Nawet jeśli przyjąć wersję litosferycznych wydarzeń prezentowaną w atlasach geograficznych, Korea Południowa dysponuje linią brzegową o długości 2 413 kilometrów, a więc stanowiącą przeszło dziesięciokrotność kontynentalnego przyczepu na północy. „Dziura zasięgowa”, w obrębie której, dostęp do morza wiązałby się z ponadstukilometrową (w linii prostej), stanowi skromny ułamek koreańskiego terytorium. Powyższe wodnocentryczne uwarunkowania sprawiają zaś (ta zmiana tematu nadeszła chyba równie niespodziewanie, jak hiszpańska inkwizycja), że ryby i owoce morza to stali i części bywalcy koreańskich jadłospisów. Ba, Korea odpowiada za 95 procent światowej konsumpcji… wodorostów. Koreańczykiem jestem i nic, co pływa w morzu, nie jest mi obce – o tym przekonałem się na seulskim targu Noryangjin.