Jeżeli wschodnia Grenlandia to cywilizacyjne ubocze, to wioska Sermiligaaq znajduje się na uboczu tego ubocza. Pominął ją nawet portal Visit Greenland, który w przypadku uprzednio wspominanych osad bywał kluczowym, poza naoczną obserwacją, źródłem informacji. Researchowy honor podtrzymał przynajmniej grenlandzki urząd statystyczny, informując o 189 osobach zamieszkujących koniec końca świata. Sermiligaaq nie wyróżniał się niczym szczególnym spośród pozostałych czterech inuickich osiedli, które odwiedziłem we wschodniej Grenlandii, a zadanie miał tym trudniejsze, że przypadło mu ostatnie miejsce w planie wyprawy.
Wioskowa checklista
Port? Jest i jak zwykle dostarczył sposobności do obserwacji igrającego z wodną tonią pokazu dziecięcej zwinności. Sklep? Jest i nawet udało się w nim kupić aż trzy chleby – załoga jachtu bardzo to doceniła. Prysznice? Są, a po czterech dniach bez kąpieli, załoga jachtu doceniła je jeszcze bardziej, niż zapas świeżego pieczywa! Ujęcie wody pitnej? Jest i osobiście przytahałem zeń sto litrów zbawiennie słodkiej cieczy. Lądowisko dla helikopterów? Jest i wciąż budzi wątpliwości co do realności grenlandzkich połączeń śmigłowcami.
Plan Sermiligaaqu wyposażony był w odmieniane już przez wszystkie przypadki must have’y podrzędnej grenlandzkiej wioski. W charakterze urozmaiceń wystąpiły lampki choinkowe ułożone w kształt – a jakże – choinki zdobiącej elewację jednej z chat oraz zatknięty na kamienistym szczycie dominującego nad portem wzgórza krzyż estetycznie obdarzony wieńcem oraz kolejną porcją światełek. Mimo tych ewidentnych starań, pretendujących mieścinę do miana bożonarodzeniowego zagłębia wschodniej Grenlandii, moją kreatywność i tak skręcały cierpiętnicze konwulsje na samą myśl o wysiłkach spłodzenia choćby kilku unikalnych akapitów na jego temat.
Drapieżny marketing
Rozważając słuszność pominięcia piątej wioski w blogowym spisie treści, zapędziłem się w tę jej część, do której nie trafia nikt inny, poza mieszkańcami zlokalizowanych tu chałup. Psi monitoring wywabił z jednej z nich starszą kobietę, która – kompletnie nie przejmując się barierą językową – zaczęła mnie „po swojemu” wołać.
Interakcji z tubylcami nigdy za wiele, dlatego czym prędzej podszedłem do niej, jakoby w nadziei, że przybliżywszy się do źródła grenlandzkich komunikatów, w magiczny sposób je zrozumiem. Oczywiście w żadnym razie nie zacząłem mówić językami, ale z mniejszej odległości zauważyłem przynajmniej, że inuitka trzymała w dłoniach foliową torebkę. Zajrzawszy do niej, ujrzałem kolekcję… niedźwiedzich pazurów.
Kiedy wyjęła zeń jeden ze szponów, przemówił język handlu. Zostałem więc zidentyfikowany jako potencjalny klient, co zdziwiło mnie o tyle, że przypuszczalnie inuitka nie miała przedtem wielu podobnych sytuacji do wypracowania biznesowych nawyków.
Cena wywoławcza pazura niedźwiedzia polarnego wynosiła trzysta koron duńskich, czyli jakieś 180 złotych. W kwotę tę wliczono dodatkowo potencjalne niezapomniane przeżycia zaaranżowane przez pograniczników mogących zakwestionować legalność niedźwiedziej kontrabandy. To, jakim blaskiem w oczach kobiety odbił się wizerunek stukoronowego banknotu, na którym ostatecznie zatrzymał się nasz proces negocjacyjny, tym bardziej pokazało mi, jak ciężko się tu żyje…


W dowód uznania
Odpływając z Sermiligaaqu już wiedziałem, że pazurowa handlarka rozsławiła swe rodzinne strony na tyle, na ile rozgłos ma szansę zapewnić im pojawienie się na Następnym Przystanku. Tego wpisu najprawdopodobniej by nie było, gdyby nie biznesowe zacięcie tubylczyni. Pod Waszą ocenę poddaję zaś, czy słusznie się tu pojawił.
Źródła
- https://bank.stat.gl/pxweb/en/Greenland/Greenland__BE__BE01__BE0120/BEXSTD.px/table/tableViewLayout1/

