Pora się przyznać: z koreańskiej wycieczki przywiozłem do Polski 5 kilo obywatela więcej. Korea to istny raj (i zarazem piekło) dla tych, którzy nowo odwiedzane miejsca poznają także przez żołądek. Rozlokowane z większą częstotliwością, niż rodzime Żabki, stoiska, na których koreańska babuszka (ajumma) czy dziadeczek (ajossi) przyrządzali tak ciekawie wyglądające i obce europejskiemu podniebieniu przysmaki, nie pytały, czy byłem głodny, czy jadłem już śniadanie, drugie śniadanie, brunch, lunch, obiad, obiadokolację, deser, podwieczorek czy kolację. A łaźniowe wagi raz po raz przypominały mi, że znów było jedzone i to dużo i dobrze. Jako pierwszy na ścieżkę kulinarnej rozpusty zwiódł mnie uliczny targ w turystycznym rejonie Myeongdong – wpis ten będzie miał formę kartoteki tamtejszych jedzeniowych oprawców.
Tteokbokki – „kopytka” ryżowe
Gdyby ogłoszono wakat na króla koreańskiego street foodu, kluseczki ryżowe tteokbokki w ostrym sosie z paprykowej pasty gochujang miałyby dużą szansę na koronację. Nie od zawsze jednak miseczka podłużnych ryżowych „gniotków”, które polskiemu podniebieniu najbardziej przypominałyby kopytka, oznaczała chrzest bojowy w dziedzinie wytrzymałości na ostrość koreańskich potraw.
Uważa się, że pierwotna odsłona tteokbokków znana z wczesnego joseońskiego menu dworskiego, podawana była w towarzystwie wołowiny, warzyw i sosu sojowego, stanowiąc dzięki tej kompozycji pełnowartościowy posiłek. O jego przepoczwarzeniu w „pomidorową z kopytkami”, zadecydować miał przypadek godny newtonowskiego jabłka, którego rolę w tej historii wypełniła ryżowa kluska, omyłkowo spadając wprost do sosu na bazie pasty gochujang.
Wyławiająca i z odwagą ją konsumująca młoda Ma Bok-lim, przepracowszy traumę związaną z tym wydarzeniem, rozpropagowała w latach 50. ubiegłego wieku nieznane wcześniej Koreańczykom połączenie smakowe. Współcześnie tteokbokki na ostro są tak silnie zakorzenione w koreańskiej tożsamości narodowej, że powstają nawet chrupki o ich smaku i kształcie.

Eomuk – rybne „faworki”
Mam nadzieją, że kopytkowe porównanie przypadło Wam do gustu, bowiem także w tym przypadku spróbuję przemówić do Waszych kubków smakowych metaforą. Pierwsza jej część dotyczy smaku i konsystencji ciasta rybnego (eomuk), które mojemu podniebieniu przypominało nieco ściślejszy omlet o wyraźnie rybnej nucie smakowej. Nie był to jednak posmak pstrąga czy halibuta, a raczej tych paluszków krabowych, które – przynajmniej w Polsce – krabowe są tylko z nazwy. Czy w Korei jest inaczej? Długość koreańskiej linii brzegowej mogłaby to poświadczać, jednak nawet, gdyby którekolwiek z eomukowych stoisk pochwaliło się składem wykorzystywanej „rybnej mielonki”, i tak bym go nie zrozumiał.
Ciasto rybne może przyjmować bardzo różne formy – od „ścinków” serwowanych jako przystawka (banchan), do znacznie popularniejszych na ulicznych stoiskach – pora na drugą część metafory – warkoczy nadziewanych w charakterystyczny sposób na patyczki do szaszłyków. Tak przygotowane rybie „faworki” kąpią się w bulionowej zalewie o stopniu ostrości wyrażonym natężeniem czerwieni, dopóki nie zostaną wyłowione przez kupujących, którzy obskubują szaszłyki, siorbiąc z papierowych kubeczków ich niedawne środowisko bytowania.
Pluszowe owoce morza
Na myeongdongskim targu znalazło się też wiele dań, których bezpośredniego związku z owocami morza nie sposób podważyć. W widowiskowy sposób oporządzane i grillowane kalmary, ośmiornice, krewetki czy homary, dysponujące niekiedy pluszowymi rzecznikami do spraw jakości – obok tego po prostu nie da się przejść obojętnie…
Superman z palnikiem
Street food nie zna chyba bardziej efektownej formy obróbki termicznej, aniżeli ogień buchający z palników gazowych. Sprzedawcy wiedzą o tym doskonale, topiąc w płomieniach owoce morza, różnogatunkowe szaszłyki mięsne, a nawet – w myśl zasady: Koreańczykiem jestem i nic, co świńskie, nie jest mi obce – świńskie skórki oraz – zgodnie z analogicznym prawidłem: Koreańczykiem jestem i nic, co kurze, nie jest mi obce – kurze łapki. Okazuje się też, że palnik potrafi połączyć nawet składniki przechowywane w najdalszych kątach lodówki, jak na przykład… boczek i kimchi, z których powstała naprawdę dobra rolada!
Dodatkowe punkty za styl, wyrażane liczbą zapatrzonych w płomienny pokaz przechodniów (którzy niekoniecznie stawali się potem klientami) można było uzyskać za zręczność tańca z palnikiem, podkład muzyczny oraz… strój Supermana.
Kimbap – koreańska kanapka ryżowa
Dwa razy się zastanówcie, czy nie macie w życiu dość problemów, zanim przyznacie, że koreański kimbap swym wyglądem i smakiem przypomina japońskie sushi. Wprowadzenie deportacji ze skutkiem natychmiastowym za szerzenie herezji o „koreańskim sushi”, może być bowiem tylko kwestią czasu. Choć na wolności bezkarnie hasają teorie, zgodnie z którymi kimbap miałby wywodzić się od japońskich norimaków, jednak dziwnym trafem pochodzą one głównie z Japonii.
Kimbap to po prostu kimbap (czasem, co najwyżej – według alternatywnej romanizacji – gimbap) i wbrew pozorom od sushi pada całkiem daleko. Choć jego pozaryżowe składniki ogranicza w zasadzie tylko wyobraźnia twórcy, rzadko spotyka się zaobrączkowaną ryżem i glonem rybią surowiznę. Pod ryżową kołderką znacznie częściej skrywają się warzywa (często marynowane), paluszki krabowe, eomuk, a nawet szynka czy kotlet schabowy w panierce.

Pokrojona w jednokęsowe plasterki, zawinięta w folię aluminiową kimbapowa rolka to nieodzowny element koreańskich pikników, wypraw górskich, a także substytut kanapek szkolnych. Poza ulicznymi straganami, można je też dostać niemal w każdym sklepie spożywczym, gdzie występują także w trójkątnej wersji i są jednym z głównych powodów instalacji lodówki w danym lokalu.
KFC – Korean Fried Chicken
Gdy pierwszy raz zobaczyłem w Korei skrótowiec KFC, mój zamerykanizowany rozumek zasugerował, że może być on wyrazem próby pozaumownego podpięcia się do nie tak wcale rozpowszechnionego na koreańskim półwyspie konceptu franczyzowego z Kentucky. Tymczasem okazało się, że podstawowe rozwinięcie akronimu KFC na Półwyspie Koreańskim to – wbrew moim oczekiwaniom – Korean Fried Chicken.
Skojarzenie z amerykańskim fast foodem nie jest jednak wcale tak bezzasadne. Koreański smażony kurczak, w mojej opinii, jest tym doskonalszą odsłoną bitesów wujka Sandersa, że skąpaną w sosowej poezji, która przysparzała mi trudności decyzyjnych za każdym razem, gdy stawałem w kolejce do stoiska serwującego ten złocisty przysmak. Łagodniejsza i słodkawa – na bazie sosu sojowego lub ostrzejsza – powstająca przy udziale wspominanej już pasty gochujang – obie kurczacze twarze są warte grzechu, pieniędzy i dodatkowych kilogramów.
A na poniższej karuzeli zdjęciowej zachęcam do wypatrywania kolejnego, tym razem znacznie mniej oczywistego i zapewne nielegalnego, nawiązania do innej amerykańskiej sieciówki.
Na deser i na dobitkę
Oczywiście, że – pomimo pochłonięcia niektórych z powyższych smakołyków tylko oczami – nie miałem miejsca na deser. Oczywiście więc, że na deser się skusiłem. Rolę gwoździ do trumny obżarstwa mogły odegrać szaszłyki z owoców w syropie, obłędnie wyglądające i takoż smakujące ciasteczka ryżowe (tteok) i na pierwszy rzut oka wcale niesprawiające wrażenia słodkich rybokształtne „gofry” z nadzieniem budyniowym, czekoladowym oraz… fasolowym (bungeo-ppang).
W panteonie ulicznych słodyczy na szczególną uwagę zasłużyło jednak retrociastko z palonego cukru z dodatkiem sody (dalgona). Dla Koreańczyków jest mniej więcej tak kultowe, jak dla nas peerelowska woda z saturatora, z tą jednak różnicą, że czar dalgony jest ciagle żywy, a ostatnio – dzięki powołaniu do wystąpienia w roli niemego zabójcy w głośnym serialu „Squid Game” – przeżywa wręcz drugą młodość.
Moją uwagę przyciągnął też przysmak dość daleko swym pochodzeniem padający od Półwyspu Koreańskiego. Amerykański koncept ciastkarski Oreo jest jednak w Korei tak popularny, że nawet w postaci hiszpańskich churros stał się prawie koreański.
Uliczna świątynia konsumpcji
Powyższy kaloryczny spacer przekonał mnie, że jednym z ulubionych zajęć Koreańczyków jest oddawanie się konsumpcjonizmowi w towarzystwie rodziny i przyjaciół. Obszar Myeongdong stwarza ku temu całe mnóstwo okazji, poza jedzeniowymi stoiskami, kusząc także kolorowymi witrynami sklepów o asortymencie bogatym tak, jak oferta koreańskich czeboli.
Jeśli więc macie ochotę na wieczornego kebsika, po którym chcecie spędzić błogie godziny na wybieraniu kolczyków w pokaźnych rozmiarów lokalu wypełnionym od podłogi po sam sufit wyłącznie regałami z przeróżnymi rodzajami usznych zawieszek, doskonale trafiliście.
Włócząc się ciekawsko (choć – z powodu przeżarcia – niespiesznie) po ożywionych wieczorową porą ulicach Myeongdongu odkryłem, że obserwacja Koreańczyków, zakręconych na punkcie zakupów, niczym wirujący bęben pralki Samsunga, jest dla mnie czymś nieprawdopodobnie wręcz satysfakcjonującym. Zupełnie jakby Bóg, porzuciwszy chęć odpoczynku, siódmego dnia stworzył naród koreański oraz punkty handlowo-usługowe wszelakie i widział, że będą oni konsumować i że będzie to dobre.

Na pierwszy ogień
Myeongdongski targ okazał się idealną okazją do przetarcia kulinarnych ścieżek. Po kilkukrotnym jego odwiedzeniu (spowodowanym mieszkaniem w pobliskim hostelu Eco House) udało mi się odhaczyć głównych graczy koreańskiego street foodu. Warto mieć jednak na uwadze, że tutejsze stoiska nastawione są bardziej na turystów, aniżeli na tak zwanych „lokalsów” – na bardziej insiderskie seulskie miejscówki przyjdzie zaś jeszcze w przystankowej relacji pora.
Źródła
- Jacoby M., Korea Południowa. Republika żywiołów, Wydawnictwo MUZA, Warszawa 2018
- https://foodbank.co.kr/news/articleView.html?idxno=15369
- https://koreanbapsang.com/eomuk-bokkem-stir-fried-fish-cake/
- https://koreanbapsang.com/tteokbokki-spicy-stir-fried-rice-cakes/

