Po placu przed pierwszą z cyklu tradycyjnie trójdzielnych bram wejściowych do pałacu Hwaseong Haenggung dreptała postać, której ubiór daleki był od współczesnej oferty sieciówek modowych. Piaszczyste klepisko przemierzał dość wątły wojownik, a ścisłej mówiąc – mężczyzna na takowego żołnierza stylizowany (zbitka „wątły wojownik” okazała się jednak zbyt atrakcyjna, bym potrafił zrezygnować z jej użycia). Jego aparycja, ze szczególnym uwzględnieniem stroju, nie była jednak najdziwniejsza. W sumie to w ogóle nie była ona dziwna. Taka scenka rodzajowa stanowiła już bowiem spójny obraz z poznanym kilka dni wcześniej – w seulskim pałacu Gyeongbokgung – koreańskim zamiłowaniem tradycji odzieżowej. Jeden element zdawał się jednak nie pasować do tej układanki – niesiona przez wojownika bambusowa tyczka, skądinąd znacznie chudsza od niego samego, co było sporym wyczynem. W zasadzie to bardziej przypominała ona nadzwyczaj długi patyk, równy do tego stopnia, że aż wydawał się sztuczny. Na czubku, zupełnie jakby dla niepoznaki, sterczało kilka listków. „Pień” owego drzewka osadzony był zaś w stojaku, który zadbał o jego chwiejną pionowość po tym, jak wojownik odstawił je w zgoła przypadkowym miejscu i się oddalił.
Najpierw zwiedzanie!
Choć do pojedynczego badyla wkrótce poczęły dołączać kolejne, wśród których na szczególną uwagę zasługiwała konstrukcja trzech zespolonych stojaków, przywodzących na myśl przerośnięty potrójny świecznik, przeznaczenie tegoż antybujnego „zagajnika” wyjaśniło się dopiero później, gdy już opuszczałem skromne pałacowe włości. Zaproponuję Wam więc swoisty trening cierpliwości, obiecując rozwiązanie zagadki po krótkiej podróży do przeszłości. Nie wypadałoby chyba, by licho ulistniona badylada, skądinąd niezdolna do tego w sposób fizyczny, przysłoniła dzieło króla Jeongjo – dwudziestego drugiego władcy Joseon, zasiadającego na tronie pod koniec XVIII wieku.
Pomimo, że pałacowy kompleks w Suwonie nie został jeszcze w pełni odbudowany po przeszło trzech dekadach japońskiej pożogi z pierwszej połowy XX wieku, już w 1997 roku, wraz z otaczającą go twierdzą Hwaseong, zasłużył na aprobatę UNESCO. Jedyny jak dotąd na polskim rynku południowokoreański przewodnik z dumą donosi, że składa się on z dokładnie 574 pomieszczeń. Faktem jest, że koreańska wizja przestrzeni dworskich jest znacznie mniej wielkopowierzchniowa, niż choćby polska, ale nawet uwzględniając w wyobraźni efekt końcowy rekonstrukcji – trudno mi było doliczyć tutaj choćby do setki.
Bez względu na to jednak, czy jest ich sześćdziesiąt, czy sześćset, do dworskich pokoi warto pozaglądać. Choć twierdzenie, że wszystkie koreańskie pałace wyglądają identycznie lub choćby podobnie, szczególnie z naszego punktu widzenia mogłoby się obronić, nie każdy z nich stosuje politykę otwartych drzwi. Tutaj nie dość, że znaczna część komnat pokazała turystom swe wnętrza, to jeszcze nie zawsze były one puste. Na pierwszy rzut oka zwiedzającym ukazuje się niezwykle oszczędne umeblowanie, a wytrawni szperacze i zglądacze odnajdą choćby niewielki zbiór, całkiem sporych za to lokalnych instrumentów – spełnienie mokrych muzykologicznych snów.
Sado, czyli smutek
Suwoński pałac, spośród wszystkich określanych mianem haenggung, podrzędnych wobec seulskiej siedzib koreańskich władców, uznawany jest za najznamienitszy. Niewątpliwie wpłynęły na to jego rozmiary oraz ugruntowane murami twierdzy Hwaseong polityczno‑militarne znaczenie, które jednak było bardziej efektowne, niż przydatne. Jest jeszcze jeden powód warunkujący częstość odwiedzin królewskiego dworu w Suwonie, a mianowicie przeprowadzka niedoszłego władcy – nieboszczyka Sado Seja, ojca budowniczego pałacu.
Jeongjo zastąpił za sterami Joseon swego dziadka, którego imię – Yeongjo – różniące się w zromanizowanym zapisie zaledwie jedną literą, łatwo pomylić z wnukiem. A jednak wydaje mi się, że główny zainteresowany miał całkiem istotny powód, by nie życzyć sobie takich pomyłek. Yeongjo przemodelował bowiem sukcesyjną drabinkę, eliminując z niej – przy pomocy śmierci głodowej – własnego syna.
Krewki dziadek, pośmiertnie naznaczył potomka imieniem Sado, odwołującym się do niepomiernego smutku, który mógł zapewne zagościć w jego wnętrznościach w wyniku podjęcia eksterminacyjnej decyzji. Źródła historyczne donoszą, że mimo młodego wieku, Sado miał już swoje za uszami. Stracony w wieku 27 lat, traumy tak zwanego „trudnego dzieciństwa” przepracowywał, na przykład zabijając i gwałcąc dworzan.
Król Jeongjo, nie przywiązując zbytniej wagi do wątpliwych moralnie dokonań swego ojca, pośmiertnie ogłosił go królem, zapewniając najdoskonalszy swym zdaniem pochówkowy awans – właśnie w okolice Suwonu. Niezwykle istotne w konfucjanizmie odwiedziny grobów przodków w tym przypadku oznaczały więc suwońską pielgrzymkę, podczas której dwór zatrzymywał się właśnie w pałacu Hwaseong Heanggung.
Bambusom śmierć!!!
Wydawać by się mogło, że ten ledwie fragmentaryczny zarys dziejów państwa Joseon spełnił już rolę punktu kulminacyjnego, przewrotnego zakończenia i puenty zarazem. A jednak obiecałem Wam przecież, że wrócimy jeszcze w łysy gąszcz bambusowych tyczek, których rola, jak się okazało, polegać miała na biernym uczestnictwie w pokazie zręczności koreańskich wojowników.
Wobec współczesnych praw pracowniczych (a może jednak przede wszystkim praw człowieka), warunkujących wzajemną wymianę ciosów na poziomie co najwyżej aktorskim, prezentacji zdolności tnących oręża posłużył właśnie inwentarz leśny uzupełniony dodatkowo słomianymi chochołami. O należyty patos zadbały kocie ruchy rekonstruktorów – nawet tych aspirujących do górnych kategorii wagowych – oraz pokrzepiające odgłosy paszczowe, które tylko z pozoru przypominały nierówną walkę z tygodniowym zatwardzeniem. Najgroźniejszy fonetycznie okazał się wojownik, którego dziecięco niewinne fizys raczej zapraszało na wieczornego cheeseburgerka z fryteczkami, aniżeli siało postrach na polu walki.

Królewskie stękanie na wieki wieków, amen
Wspomnienie wizyty w pałacu Hwaseong Haenggung dorobiło się w mojej głowie wymiaru wielozmysłowego. Nierozerwalnie – niewykluczone, że do końca mych dni – związało się bowiem z niepowtarzalnymi „stękaniami” wydobywającym się z najbardziej pociesznej koreańskiej buzi, jaką widziałem podczas całego ponaddwutygodniowego wyjazdu. Żywię nadzieję, że powyższa recenzja zabrzmiała, jako wystarczająca zachęta do zsynchronizowania wizyty w Suwonie z pałacowymi pokazami. Na wypadek jednak, gdybyście wciąż nie byli pewni, czy to właśnie to doświadczenie, po które przybyliście do Korei, powtórzę: naprawdę warto (a szczęściu, które niespodziewanie ulokowało mnie w jedynym słusznym miejscu o jedynym słusznym czasie, warto pomóc, sprawdzając wcześniej kalendarium wydarzeń).
Źródła
- Korea Południowa. Zielony Przewodnik, Krawczyk A. (red.), Wydawnictwo Helion, Gliwice 2019
- https://cha.go.kr/eng_webzine/2014/summer/page/session04.html
- https://grand.ggtour.or.kr/En/Grand/tour_view.php?tsort=20&msort=24&list_type=1&no=290&no2=291
- https://koreaherald.com/common/newsprint.php?ud=20220901000805
- https://researchgate.net/publication/263622671_King_Jeongjo%27s_Role_in_Selecting_the_Site_and_Planning_the_Tomb_of_Hyeonryungwon
- https://swcf.or.kr/english/?p=12
- https://swcf.or.kr/english/?p=35

