Po placu przed pierwszą z cyklu tradycyjnie trójdzielnych bram wejściowych do pałacu Hwaseong Haenggung dreptała postać, której ubiór daleki był od współczesnej oferty sieciówek odzieżowych. Piaszczyste klepisko przemierzał dość wątły wojownik, a ścisłej mówiąc – mężczyzna na takowego żołnierza stylizowany (zbitka „wątły wojownik” okazała się jednak zbyt atrakcyjna, bym był w stanie zrezygnować z jej użycia). Jego aparycja, ze szczególnym uwzględnieniem stroju, nie była jednak najdziwniejsza. W sumie to w ogóle nie była ona dziwna. Taka scenka rodzajowa stanowiła już bowiem spójny obraz z poznanym kilka dni wcześniej – w seulskim pałacu Gyeongbokgung – odzieżowym zamiłowaniem do koreańskiej tradycji. Jeden element zdawał się jednak nie pasować do tej układanki – niesiona przez wojownika bambusowa tyczka, znacznie chudsza od niego, co było sporym wyczynem. W zasadzie to bardziej przypominała ono nadzwyczaj długi patyk, równy do tego stopnia, że aż wydawał się sztuczny. Na czubku, zupełnie jakby dla niepoznaki, sterczało kilka listków. „Pień” owego drzewka osadzony był zaś w stojaku, który zadbał o jego chwiejną pionowość po tym, jak wojownik odstawił je w zgoła przypadkowym miejscu i się oddalił.